Czego o psach nauczyły mnie konie

koniepsy

Nie ma chyba zwierzęcia, które byłoby łatwiejsze w szkoleniu, niż pies. Po mistrzowsku odczytuje ludzką mowę ciała, jest wyjątkowo wrażliwy na wszelkie sygnały płynące od przewodnika, ma niespotykaną u innych gatunków zwierząt potrzebę obcowania z człowiekiem. Wszystkie te cechy sprawiają, że jest niezastąpionym kompanem życia, ale z drugiej strony przyzwyczajają nas do tego, że pies szybko i łatwo dostosowuje się do naszych oczekiwań. Dlatego konie, a także inne zwierzęta mogą nas wiele nauczyć, ponieważ pozwalają spojrzeć na relacje człowiek-zwierzę z nieco innej perspektywy. Przebywając z nimi można złapać zdrowy dystans i znaleźć zupełnie niespodziewane inspiracje do tego, co warto zmienić we własnym sposobie szkolenia psów oraz w podejściu do szkolenia w ogóle.

Moja przygoda z końmi zaczęła się jeszcze zanim na dobre „zeszłam na psy”. W niezwyłym miejscu, znanym jako Rancho Rumak pod Sochaczewem, pierwszy raz spotkałam się z jazdą konną w stylu western oraz bardzo partnerskim podejściem do koni. Zupełnie innym od tego, które można spotkać w typowych szkółkach jeździeckich. Poznałam podstawy pracy nad luźną wodzą (wypisz, wymaluj luźna smycz), zrozumiałam jak ogromne znaczenie ma mowa ciała („patrz, gdzie jedziesz!” było dla mnie odkryciem roku… Koń w jakiś sposób wyczuwa w którą stronę kierujesz wzrok, więc jeśli siedząc na jego grzbiecie patrzysz na szyję konia albo na własne ręce, to niekoniecznie pojedziesz tam, gdzie chcesz… :) ) i przede wszystkim emocje. Czego o szkoleniu psów nauczyły mnie konie?


Podczas towarzyskich zawodów trailowych na cudownej Markizie.

Podczas towarzyskich zawodów trailowych na cudownej Markizie.

KOŃ TWOIM LUSTREM

Parę lat później, w ramach zajęć praktycznych na studiach stosowanej psychologii zwierząt odwiedziłam miejsce, w którym na własnej skórze przekonałam się jak bardzo emocje i energia człowieka mają wpływ na zachowanie zwierząt. Tym miejscem było Lidkowo, gdzie pod okiem niezastąpionej Lidki Kacperskiej ćwiczyliśmy różne metody pracy z końmi.

Jednym z zadań do wykonania była praca z końmi w round penie (okrągłym wybiegu o średnicy kilkunastu metrów). Każdy ze studentów wchodził pojedynczo do środka wybiegu, na którym czekał koń z kantarem na głowie, do którego przypięta była gruba lina. Utrzymując luźną linę, jedynie za pomocą ruchów ciała mieliśmy sprawić, że koń będzie poruszał się określonym tempem – stępem, kłusem albo galopem. To jak koń zachowywał się podczas pracy, idealnie odzwierciedlało temperament i nastawienie każdej osoby, która wchodziła do round penu. Dostrzegacie uderzającą analogię między reakcjami koni i psów?


Iza podczas ćwiczeń w round penie.

Ćwiczenia w round penie.

Ania, moja przyjaciółka, z natury będąca osobą bardzo poważnie podchodzącą do każdego wyzwania weszła na wybieg z jasnym celem do osiągnięcia. Można powiedzieć, że z przytupem zaczęła pracę z koniem. Koń błyskawicznie zebrał się do szybkiego kłusa, a następnie do galopu, delikatnie brykając co jakiś czas i łypiąc okiem. Ciężko było sprawić, aby zwolnił. Kilka osób z naszej grupy nigdy wcześniej nie miało do czynienia z końmi i było wyraźnie zestresowanych tym zadaniem. A koń… momentalnie reagował na ich każdy nerwowy ruch.

Jak było w moim przypadku? Z natury jestem raczej spokojną osobą, trudno wyprowadzić mnie z równowagi i jeśli mogę zrobić coś szybko albo powoli, to zazwyczaj wybieram ten drugi wariant. Przy mojej próbie konik zmrużył oczka, opuścił głowę, ruszył wolnym kłusem (prawie westernowym joggiem 😉 ), ale bardzo ciężko było mi utrzymać go w galopie. Tego dnia jak na dłoni widać było, że ten sam koń zachowywał się zupełnie inaczej, w zależności od nastawienia, emocji i energii osoby, która z nim pracowała. I nie jest to wyłącznie cecha koni, bo dokładnie takie same wnioski pojawiły się podczas prowadzonych przeze mnie treningów z psami.


Kilka dni temu wpadła mi w oko notka na fb kanadyjskiej trenerki psów Monique AntseeBardzo trafnie opisuje w niej, jak każdy świadomy trener powinien dostosować swój poziom energii do czworonoga i do konkretnego celu, jaki jest do przepracowania w danym dniu:

Najprościej jest wyobrazić to sobie poprzez sumę 10 punktów. Kiedy ja i mój pies jesteśmy w stanie równowagi, każde z nas ma po 5 punktów. Umówmy się, że 5 punktów to przeciętny poziom energii. Kiedy pies jest bardzo pobudzony, wskakuje na 7 punktów. W takich momentach, aby pozostać w równowadze z moim psem, mój poziom energii powinien spaść do 3. W żadnym wypadku nie oznacza to, że trzeba być biernym, tylko bardzo spokojnym. Kiedy mój pies staje się pobudzony, ja się wyciszam – uspokajam oddech, rozluźniam mięśnie i fizycznie zwalniam. (…) Z drugiej strony, gdy pies jest ospały, z energią mniej więcej na poziomie 3, wtedy ja muszę nadrobić swoim działaniem na poziomie 7, abyśmy razem złapali balans dziesięciu punktów.

Każdy ma jakieś wrodzone cechy, które można określić mianem temperamentu, ale dobry trener potrafi świadomie dostosować poziom własnej energii do sytuacji. O co właściwie chodzi z tą trudną do sprecyzowania energią? Jak pisze dalej Monique, niska energia nie oznacza, że masz być bierny i ślamazarny, a wysoka, że masz przez cały czas szczebiotać do psa. Chodzi o świadome napięcie lub rozluźnienie mięśni, kontrolowanie oddechu, spojrzeń. Czy potrafisz sięgnąć po książkę na poziomie 3, potem 5 i 7? Czy potrafisz usiąść na krześle i spojrzeć na swojego psa na poziomie 5 i na 8? To nie jest żadna magiczna moc, z którą ktoś się rodzi, tylko efekt doświadczenia i pracy nad sobą. Takiej równowagi w pracy z psem trzeba się nauczyć, szczególnie w momentach, gdy coś nie idzie zgodnie z naszym planem. Ja cały czas się tego uczę.


KLIK, NAGRODA!

Wykorzystywanie klikera w szkoleniu psów jest dość popularne, ale w treningu koni cały czas jest to raczej ciekawostka i mało powszechny sposób nauki nowych umiejętności. Kliker (czy jakikolwiek inny znacznik zachowania działający na tej samej zasadzie) może być z powodzeniem wykorzystywany w treningu wielu gatunków zwierząt. Sporo osób szkolących swoje psy uczy się tej techniki bezpośrednio na „żywym organizmie”, natomiast po tym, czego dowiedziałam się i co zobaczyłam w Lidkowie raczej odradzam testowanie swoich umiejętności w pracy z klikerem na koniu bez wskazówek trenera. Mam tu na myśli głównie technikę kształtowania, czyli nagradzania pożądanych zachowań bez podpowiadania zwierzęciu. Dla mniej wtajemniczonych, jest to coś na kształt zabawy w „ciepło-zimno”, gdy mamy do dyspozycji tyko „ciepło”.


Na zajęciach praktycznych w Lidkowie. :) Fot. Marzena Skowronek

Gdy na zajęciach ze szkolenia klikerowego koni weszliśmy do stajni, pierwszą rzeczą, jakiej uczyliśmy zwierzęta była… kultura brania jedzenia. 😉 Jeśli mieliśmy wykorzystywać jedzenie jako nagrodę, koń musiał wiedzieć, że nie może na człowieka napierać, ani tym bardziej go podgryzać. Jeśli chciał dostać szansę na smakołyk, to jedynie na daleko wyciągniętej dłoni.

Kolejna rzecz to bardzo dokładne planowanie sesji, krótki czas pracy i wyczuwanie zbyt dużej frustracji zwierzęcia. Niby te samy zasady obowiązują w szkoleniu psów, ale w przypadku koni jest jedna zasadnicza różnica – jakieś paręset kilo wagi. Jeśli koń będzie mocno sfrustrowany (np. tym, że nie dajemy mu jasnych wskazówek co ma zrobić, aby otrzymać nagrodę) może być dla nas po prostu niebezpieczny. Ugryzienia w takich przypadkach wcale nie należą do rzadkości. U psów zbyt duża frustracja kończy się zazwyczaj zbyt dużym pobudzeniem i popiskiwaniem albo odmową współpracy, więc teoretycznie ryzykujemy mniej. Mimo to, warto zdawać sobie sprawę, że szkolenie psów z wykorzystaniem klikera, a szczególnie technika kształtowania wcale nie jest prosta. Żeby robić to dobrze trzeba sporo wprawy i wyczucia. Według mnie po kliker powinny sięgać osoby, które znają już podstawowe zasady szkolenia zwierząt i potrafią czytać reakcje czworonoga.


Praca z końmi i z psami uczy pokory. Rola trenera nie polega tylko na tym, żeby opanować metody pracy ze zwierzętami, które prowadzą do określonego celu np. wypracowania komend lub sztuczek. Rzecz w tym, żeby ciągle pracować nad własną mową ciała i emocjami, co będzie skutkować budowaniem lepszej relacji ze zwierzęciem.

M.

piesek
chmurka

KOMENTARZE

  • PSIOLUBNI says:

    Też kiedyś jeździłam konno, ale moja jazda nie była niestety współpracą człowiek – koń a raczej obowiązkiem konia i moją wyimaginowaną przyjemnością. Byłam wtedy dzieckiem, nie miałam pojęcia o pracy ze zwierzętami, ale z pewnością kochałam konie – konie jako zwierzęta, nie zmuszanie ich do jazdy.
    Wiele trenerów w szkółkach jeździeckich traktuje konia jak samochód do wypożyczenia, nie czującą istotę. Dllatego też uciekłam trochę od jazdy konnej.
    Niestety, ale w psim świecie dzieje się podobnie. Pies nie jest partnerem, tylko balastem, głupim zwierzakiem, maszynką do wykonywania poleceń, lub kawałem mięsa do wytresowania.

    Dawno już zauważyłam podobieństwo szkolenia psów, koni, ale też i innych zwierząt. To niesamowite, jak emocje człowieka wpływają na zachowanie naszych pupili. :)

    Odpowiedz
    • Ja też już nie jeżdżę konno, głównie z powodu braku czasu i możliwości. Nie miałabym już satyskafcji z jeżdżenia do stajni raz na jakiś czas, a posiadanie własnego konia, nawet w pensjonacie, to jak praca na drugi etat.
      A co do podejścia do psów i koni, wiele zależy od tego, na jakich ludzi się trafia, czy to trenerów, zawodników, czy po prostu opiekunów. Ja mam chyba szczęście, bo zdecydowanie częściej spotykam ludzi, którzy do zwierząt odnoszą się z szacunkiem.

      Odpowiedz
  • Paula z Plemienia Apacza says:

    Świetny wpis! <3
    Sama często rozmyślam nad tym jak bardzo podobne jest szkolenie psów do pracy z końmi! Oczywiście mam na myśli pracę naturalną. Miałam ogromne szczęście ponieważ mój tata zaraził mnie pasją do koni i od dziecka mogłam się im przyglądać na co dzień. Niestety dopiero kilka lat temu trafiłam na jeździectwo naturalne (szkolenie JNBT z Andrzejem Makacewiczem) i wciągnęło mnie totalnie! Klasyczną jazdę z wędzidłem zamieniłam na siodło west i halter, a z czasem cordeo :) Zazdroszczę pracy w round penie – ja nigdy się go nie dorobiłam choć było kilka przymiarek do wybudowania. Robiłam sobie prowizoryczny ze słupków i taśmy. Cudowne jak można tradycyjne lonżowanie z wydawaniem komend zamienić na totalnie cichą pracę na kole – podnoszenie i obniżanie energii+wzrok. Nagle hasło ''zaklinacz koni'' traci moc, hehe 😉 Po wyprowadzeniu się z domu rodzinnego i adopcji Apacza cały czas porównuję porozumiewanie się z psem do tego z koniem. Wydaje mi się, że z psami jest łatwiej i szybciej ale za to z koniem odczuwa się większą satysfakcję z każdego minimalnego – niezauważalnego dla innych – kroczku. Słyszałam kiedyś, że konie wszystko potrafią, w naturze robią idealne sliding stopy, ''wycinanie'' itd. a to my musimy się nauczyć mówić ich językiem ciała. Taka prawda!
    Bytowanie ze zwierzętami uczy ogromnej cierpliwości, szacunku i pokory :)

    Odpowiedz
    • To prawda, nawet „Zaklinacz koni” obejrzany po latach nie robi już takiego wrażenia. 😉 Świetnie, że miałaś okazję dorastać z końmi, ja z kolei całe dzieciństwo musiałam zadowolić się wyklejaniem albumów z końskimi zdjęciami i wzdychaniem do każdego przypadkiem spotkanego konia. 😛 Dopiero jako nastolatka zaczęłam jeździć, wcześniej opór rodziców był niestety nie do pokonania.
      Pozdrawiam! :)

      Odpowiedz